Już mogę mówić, już dojrzałam...

20 lat ciągłej nadziei i oczekiwania, jedna ciąża, druga pięciomiesięczna - chłopiec - nagle brak tętna.... Wtedy powiedziałam sobie - skoro moje nerki nie są w stanie przetrwać okresu 9 miesięcy bez leków, a w konsekwencji wiąże się to z tak bolesnymi dla mnie przeżyciami związanymi z poronieniem - nie dopuszczę już do zajścia w ciążę. Stało się jednak inaczej, uległam ciągłym prośbom męża, chciałam spełnić jego wielkie marzenie i gdy tylko pojawiły się dolegliwości świadczące o odmiennym moim stanie mąż szalał ze szczęścia. Pojawiał się jednak czasem niepokój - czy tym razem się uda? Myślałam też o ewentualnych zagrożeniach dla płodu, ale w mojej rodzinie nie było chorób dziedzicznych, byliśmy też z mężem u jego rodziców i otrzymaliśmy stanowcze zapewnienie o tym, że nie było w ich rodzinie żadnych chorób dziedzicznych. Po rozmowie z panią doktor i zapewnieniach że zagrożeń nie ma, postanowiliśmy nie skorzystać z badania płodu, ponieważ istniało zagrożenie że może to w moim przypadku spowodować nagłe poronienie. Nie chciałam przeżywać kolejnego koszmaru, tymbardziej, że niesamowita radość i piękne plany męża przekonały mnie i obudziły moje wieloletnie marzenia. Gdy w trzecim miesiącu ciąży wylądowałam na izbie przyjęć w szpitalu z okropnym bólem i gorączką - rozpacz moja nie miała granic, myślałam że to już znowu koniec mojej drogi do szczęścia, jednak lekarz powiedział że wynik badania USG jest dobry, że płód jest żywy i prawidłowej wielkości, lecz gdy miałam być zbadana i gdy padło pytanie czy chcę tą ciążę usunąć, przeraziłam się - nie chciałam dać się zbadać w obawie, że zrobią krzywdę mojemu jeszcze nie narodzonemu dziecku.
Przez całą ciążę chodziłam do lekarza co tydzień w obawie, że nerki odmówią posłuszeństwa - jednak nic się nie działo, czułam się świetnie i tylko mój duży brzuch sprawiał że czułam się odmiennie, pan doktor też zapewniał mnie cały czas o doskonałej kondycji mojego dzieciątka. W grudniu, podczas porządków świątecznych zaczęły się bóle w krzyżu, w podbrzuszu i lekarz stwierdził rozwarcie na jeden palec...... Według obliczeń moich i męża powinnam rodzić w grudniu, więc gdy w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia pojawiły się plamienia, spakowana wylądowałam na izbie przyjęć gotowa do porodu. Odesłali mnie jednak do domu, twierdząc, że to jeszcze nie czas na poród, a rozwarcie musi być niestety większe.... Nie pomogło tłumaczenie lakarzom że pierwszą córkę rodziłam z tak małym rozwarciem, że mimo czekania nic się nie zmieniło....
W styczniu, dokładnie 6, w dzień moich urodzin miałam wyznaczoną wizytę, lekarz śmiejąc się zapytał: chce pani prezent na urodziny?? Oczywiście że chciałam, ale niestety, pan doktor zdecydował inaczej - kazał jeszcze czekać tydzień, bo zaczynał mi się lekki katar.
12 stycznia zgłosiłam się już do porodu, położyli mnie na porodówce, ale nic się nie działo i przenieśli mnie znowu na oddział. 14 stycznia lekarze wreszcie doszli do wniosku, że nie można już czekać i zaczął się horror... Wylądowałam na sali porodowej, dostałam zastrzyk, potem drugi, zaczęły się okropne bóle ale...... rozwarcia nie było, dalej było tylko na jeden palec. Decyzja położnej - piłka, skakanie na niej spowoduje, że dziecko główką zrobi sobie samo rozwarcie i pójdzie dobrze. Nie jestem w stanie opisać bólu jaki wtedy przeżyłam, mąż miał podrapane i poszczypane ciało, nie byłam w stanie oddychać, traciłam co chwilę świadomość - a położna - jakby nie interesowało ją co się dzieje, spokojnie siedziała w dyżurce i piła kawę. Trwało to wieczność, mąż chodził prosząc o pomoc, dawał pieniądze ale nie przyjęli - kazali skakać na tej durnej piłce i czekać. Wreszcie nie wytrzymałam, poprosiłam o pozwolenie wyjścia do ubikacji. Tam odeszły mi wody - tzn. tak nazwali tą wstrętną, śmierdzącą i brązową ciecz jaka ze mnie wypłynęła. Mąż pobiegł po położną, a ta na widok tego powiedziała do mnie: " teraz to choćbyś się miała zesr... to urodzić musisz..."
I zaczęłam rodzić Agatkę o wadze 3.850 kg w rozwarciu na jeden palec!!
Nie wiem jak długo to trwało, traciłam przytomność z bólu, wreszcie mąż nie wytrzymał mojego krzyku i błagania o pomoc i zarządał od położnej wezwania lekarza. Przyszedł, a jakże, nawet dwóch, z tym że od jednego czuć było alkohol..... Ten "trzeźwy" i bardzo ceniony położnik kazał przygotować salę operacyjną, ale po chwili położna przyszła, coś sobie powiedzieli na ucho i..... kazali mi przeć i rodzić siłami natury..... W przerwach, gdy kontaktowałam widziałam łzy w oczach męża i Kasi (córki, która właśnie ukończyła liceum medyczne), którzy cały czas przy mnie byli i nawet mimo uśmiechu na ich twarzach wiedziałam, że nie jest dobrze... W pewnym momencie poczułam coś zimnego, metal - pytam po co mi cewnik??? Kasia mnie uspokoiła, że to nie cewnik, ale na dalsze pytanie już nie odpowiedziała, a może odpowiedziała tylko ja już znowu straciłam przytomność - nie domyślałam się nawet że założyli mi kleszcze w celu brutalnego wyszarpania ze mnie Agatki.
Mąż uciekł z płaczem na korytarz jak się potem okazało, a ja tracąc siły i przytomność parłam.... Byłam poszarpana jakby granat mi wybuchł, a nie jakbym rodziła...... Nie bardzo wiem co się działo, potem mi powiedzieli, że nie mogli mnie uspać ze względu na moje bezpieczeństwo, ale do zszywania mnie uspali - więc czemu tego nie zrobili wcześniej, czemu Agatkę wyrywali kleszczami??
Po wszystkim wylądowałam na sali, sama - inne matki miały dziecko z sobą - ja nie..... Płakałam strasznie bojąc się, że coś złego dzieje się z moim dzieckiem. Wreszcie w środku nocy pani doktor z noworodków przyniosła mi Agę pokazać, ale zaraz zabrała twierdząc, że nie jest jeszcze zbadana, a ja miałam bardzo ciężki poród i tak musi być, ale jest w stanie dobrym i mam się nie martwić.
Rano prosiłam o pokazanie Agatki i informację o jej stanie zdrowia - usłyszałam odpowiedź: to za wcześnie, jeszcze nie została zbadana i nic mi nie mogą powiedzieć. Poczekaliśmy z mężem jeszcze trochę, ale strach nie dawał mi spokoju i.... weszłam na noworodki nie bacząc na nic. Wtedy dopiero pani ordynator wypraszając mnie powiedziała żebyśmy zaczekali chwilę, zbadają dziecko i nas poproszą - nie macie pojęcia co wtedy czułam w sercu, jak bardzo to zabrzmiało dla mnie groźnie, myślałam o najgorszym..... Serce pękało mi z niepokoju, z rozpaczy, z bezradności....
Wreszcie doczekaliśmy się, poproszono nas na oddział i pielęgniarka zaprowadziła nas na małą salkę - Aga leżała w łóżeczku taka malutka, bezradna i taka czerwono - sina.... - byłam przerażona, powiedziałam nawet do męża - jak powiedzą że ma sinicę to zwariuję, nie przeżyję tego..... Ale informacja była piękna - pani doktor powiedziała - dziecko jest w stanie dobrym, po długim i ciężkim szoku porodowym wraca do równowagi, ale komplikacji żadnych nie ma - nie muszę chyba opisywać jaka była moja radość, chciałam krzyczeć z radości, mimo ciągłego okropnego bólu jaki czułam byłam szczęśliwa........

Po pięciu dniach, podczas których dręczyła mnie Agatki główka i cały czas bezskutecznie upominałam się o zbadanie krwisto-sinych wgnieceń z tyłu główki i pręgi na czole usłyszałam, że stan dziecka jest bardzo dobry i mogę już iść do domu z Agą. Mnie nawet nikt nie zapytał jak się czuję, nikt mnie nie zbadał i nie poinformował też co mam zrobić ze szwami które ciągle miałam. Mąż miał właśnie przyjechać po nas, gdy weszła na salę pani ordynator z noworodków z wypisem i książeczką zdrowia Agatki, a ja któryś już raz z kolei zapytałam ją czy Agatka miała badanie główki o które prosiłam - pani doktor odpowiedziała, że nie, ale skoro tak mnie to denerwuje to ona zaraz to sprawdzi, wzięła więc Agę i wyszła. Po chwili weszła siostra i poprosiła mnie do gabinetu pani ordynator - strach mnie sparaliżował...... Wchodząc zobaczyłam na biurku zdjęcia z USG, a na nich małe "fasolki" (półkule mózgowe) i usłyszałam - Agatka jest w stanie bardzo ciężkim, nastąpiło uszkodzenie okołoporodowe i musi być natychmiast przekazana na specjalistyczny oddział i podłączona do specjalnej aparatury........ Nie wiedziałam co powiedzieć, o co zapytać, nie chciało mi się żyć, nie potrafiłam oddychać...Pani doktor powiedziała jeszcze tylko że idzie załatwić dla Agatki szybkie przeniesienie do innego szpitala i wyszła. Nie stało się tak jednak, przekazali ją na zwykły oddział dziecięcy tej samej kliniki, na salę, na której było trzech chłopców strasznie kaszlących, tam nawet nie było śladu po żadnej aparaturze.
Po moich interwencjach stwierdzili, że nie mają gdzie Agi położyć, bo nie ma miejsca. Tak było trzy dni - nikt ze mną nie chciał rozmawiać, mówili, że nie ma wyników, czasu itd. Wreszcie wypisali mi Agę do domu, ale miałam się zgłaszać na badania i tak po kilku dniach byłyśmy na konsultacji u neurochirurga, który popatrzył na Agi głowę i wprost wykrzyczał do lekarki będącej razem z nami: "co mi tu pani przywozi i zawraca głowę, jakie wodogłowie postępujące, tutaj nie ma nawet małogłowia, to wzorcowe wymiary i wygląd, co wy za bzdury piszecie...." Wtedy pani doktor poprosiła mnie abym już wyszła z Agą na korytarz, ubrała ją i poczekała - wyszłam więc nie podejrzewając co się święci - teraz wiem że to był mój błąd..... A co się święciło, dowiedziałam się z wypisu jaki dostałam po kilku dniach, a który wogóle nie pokrywał się z wynikami i prowadzoną rozmową z lekarzami - WRODZONE WODOGŁOWIE POSTĘPUJĄCE...... Jeździliśmy wszędzie z Agą szukając pomocy, wszędzie jednak patrzyli na nas jak na idiotów i..... wszędzie, nawet w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie kazali leczyć Agę tam, gdzie została postawiona taka diagnoza......
Cały czas jeździłam na kontrolne USG, było dobrze aż do 27 maja, kiedy to pan doktor oznajmił: "natychmiast należy dziecko operować jest zagrożenie życia" - mój płacz i prośby o powtórne badanie - niestety, nic innego nie wyszło - naczynie leje, wylew się zwiększa, musi być natychmist operacja i nie ma dyskusji.........

To co widziałam i słyszałam będąc z Agą na oddziale neurochirurgii nie da się opisać - dzieci, lalki do zabawy w rękach stażystów i ordynatora........ Umierały w cierpieniach.......
Miałyśmy być tylko kilka dni, a byłyśmy 3 miesiące podczas których moje biedne dziecko miało pięć operacji główki i jedenaście narkoz.........
Na operację Aga pojechała z wenflonem w rączce, miała być na bloku operacyjnym 30 minut - wróciła po prawie 3 godzinach, nie było na niej miejsca, gdzie nie byłaby pokłuta w celu założenia wenflona - zrozpaczona pytam dlaczego tak wygląda moje dziecko? - dziwne spojrzenia i cisza.... Aga po przebudzeniu nie poznała mojego głosu, nie dała się dotknąć - krzyk, pisk, chcę jej zmienić pampers - szok! Pachwinki pokłute, aż sine - Aga nie daje się przewinąć, błagam, płaczę, tulę - wreszcie po długim czasie wycisza się i pozwala przytulić..... Na drugi dzień w drzwiach sali stają nawet salowe z bloku operacyjnego i pytają - co z Agą, jak się czuje???? Na moje pytania związane z pobytem Agi na bloku nie uzyskuję żadnej odpowiedzi oprócz skrzywienia ust i westchnienia... Po dwóch dniach okazuje się, że zakażono Agę gronkowcem złocistym podczas pierwszej operacji, błagałam o ratunek tydzień, tydzień podczas którego z powodu bardzo wysokiej gorączki podawano Agatce kroplówki z zamrażarki w celu jej zmniejszenia, nikogo nie obchodziło to, że na brzuszku zrobiła się gruba, twarda pręga, że jest czerwona.....
Wreszcie na dyżur przyszedł lekarz, który nas przyjmował na oddział i po wysłuchaniu mnie i obejrzeniu Agi powiedział do mnie i męża: "macie państwo 15 minut na decyzję, czekacie do poniedziałku, czy teraz operujemy - nie ma innego wyjścia, a dziecku można zaoszczędzić cierpienia......" I wyszedł. Dokładnie za 15 minut Aga pojechała na blok operacyjny, po 45 minutach wróciła z rurką wystającą z brzuszka i przymocowaną do łóżeczka, do takiego zbiorniczka... Pan doktor nie wyjaśnił nam nic, nie padła odpowiedź na nasze pytania tylko: - "Postąpicie państwo jak uważacie, powinno już być dobrze, w porę pani zgłosiła tą pręgę na brzuszku." Potem od poniedziałku cały czas męczyli Agę chirurdzy i jak można się było domyślać z ich rozmów - ropne zapalenie otrzewnej mijało.....
Aga cały czas przyjmowała bardzo silne i drogie leki, rzucał mi ordynator na łóżko receptę i kazał wykupić, bo od tego zależy życie Agi. Pamiętam, jak jeden raz na wykupienie recepty pieniądze pożyczył mi pan sprzedający w szpitalnym bufecie kawę, bo już ich nie mieliśmy.

Mija 10 dni, Aga z dnia na dzień gorzej się czuje, gorączka, wymioty, płyn mózgowo - rdzeniowy z dużą ilością białka, co sprawia, że dren odprowadzający go na zewnątrz do zbiorniczka umocowanego do łóżeczka ciągle się zatyka. Wtedy to po raz pierwszy w życiu widzimy z mężem jak takie malutkie dziecko potrafi wymiotować! Gdy tylko dren się zatykał, gorączka rosła w ciągu 15 minut do 40 stopni i woda chlustała z Agatki jak z fontanny na odległość kilku metrów!!! Był to dla nas szok, tak małe dzieciątko, a taka ilość płynu i z taką siłą........ Płukanie drenu nic nie daje, zwracam się z prośbą o wymianę tego drenu z powodu brudu jaki w nim zalega, a co za tym idzie zwiększania się ilości gronkowca - w odpowiedzi słyszę: "pani jakby była nie z tego świata, nie wie pani że nie ma takich drenów?" Rozpacz, co robić, biegnę do apteki szpitalnej i proszę o sprowadzenie - nie ma takiej możliwości, ale uzyskuję informację, żebym poszła do działu zaopatrzenia (do biura szpitalnego). W tym miejscu muszę napisać, że nie było człowieka w Klinice, który nie wiedziałby o Agatce (!) - nie wiem jakim cudem, gdzie weszłam - każdy pytał - jak córcia się czuje? I zaraz słowa otuchy, a czasem wręcz błaganie - niech pani nie da jej już bardziej skrzywdzić, niech pani z nimi walczy, trzymamy za Agatkę i panią kciuki......
Pani w zaopatrzeniu przy mnie zamawia dren w hurtowni, po dwóch dniach jest i znów zwracam się z prośbą do ordynatora o jego wymianę. Obiecuje, że na następny dzień, zaraz rano weźmie Agę na blok (bo jak twierdził nawet tą część drenu, która cały czas jest na zewnątrz należy wymieniać w warunkach sterylnych) i zmieni zewnętrzny dren.
Nazajutrz Aga jest na czczo i czekamy na wymianę drenu, jednak mija kilka godzin i nic, interweniuję u oddziałowej, ponieważ lekarze byli na bloku operacyjnym i może to ona zapomniała Agę tam odesłać. Niestety - pan ordynator kazał czekać, pytam więc czy można Agatce podać coś do picia, przecież to tylko zewnętrzna część drenu - nie, nie wolno, ordynator powiedział że musi być na czczo. Czekam więc dalej, ok. godz 13 proszę o podanie kroplówki w celu nawodnienia Agi - absolutnie nic - zaraz idzie na wymianę drenu.
Po Prawie 14 godzinach trzymania Agi bez płynów biorą ją bardzo osłabioną na blok - czekamy z mężem niecierpliwie, czas się przedłuża, Agi nie ma - wreszcie jedzie - okazuje się, że bez naszej wiedzy miała kolejną, trzecią już operację główki, a dren ma dalej ten sam - brudny!!! Składam skargę u profesora - on jakby to nic takiego - "przecież pani podpisała zgodę na zabieg"........ Tak, podpisałam bo nie miałam innego wyjścia, chcąc ratować życie dziecka musiałam podpisać zgodę na znieczulenie (narkozę), a na tym samym zaświadczeniu widniały punkty, z których jakby tego nie czytać, można było zrozumieć jedno - oddając dziecko sprawne na oddział, a odbierając kukłę nie będę rościła do nikogo pretensji. Jak się później okazało,takie zaświadczenie było tylko przy przyjęciu na ten oddział.
Będąc u profesora, widzę, że na biurku leży karta Agi - karta z bloku operacyjnego - patrzę i pytam na widok wpisanej na samej górze wagi 3.850 kg - co to za waga? Czyja??? Pada odpowiedź - jak to czyja, Agatki - odpowiadam, że przecież Agatka waży 6 550 kg, a to jest waga urodzeniowa!!!!!!!! Profesor odparł, że widocznie ktoś się pomylił.
W tym momencie dotarło do mnie co stało się na bloku operacyjnym podczas pierwszej operacji, dlaczego Aga wróciła taka zmasakrowana i przerażona!!!!!!! Musiała biedna się im wybudzić i z bólu i strachu wyrwać wenflon, skoro miała znieczulenie na taką wagę!!!!!!!!!!! Ale niestety - nie uzyskuję u nikogo potwierdzenia tego, nikt nie chce ze mną rozmawiać na ten temat....... Mimo to jesteśmy z mężem przekonani o tym, jak też o tym, że do zakażenia gronkowcem mogło dojść właśnie podczas ratowania jej i kłucia - wtedy nikt nie patrzył na sterylność!!!!
Na następny dzień po tej operacji Aga znowu gorączkuje, ponieważ po każdym powrocie z bloku operacyjnego wracała z zalanym uchem płynem do odkażania, tym razem sprawdzam od razu i zgłaszam to lekarzowi. Przychodzi oddziałowa pani doktor internista i nawet nie oglądając uszka wpisuje w kartotekę - uszy, gardło b/z - zgłaszam ponownie, prosząc jednocześnie o wizytę pediatry z oddziału noworodków. Aga cierpi, a ja przypominając co chwilę czekam dzień, drugi i na dyżurze popołudniowym (a jest to już piątek) zgłaszam lekarzowi dyżurnemu - odpowiedź jego jest dla mnie szokiem - " poniedziałek rano, doktor Ż. I jemu proszę zgłaszać takie sprawy". Nie wiem co stało się wtedy ze mną, zaczęłam krzyczeć na niego - że natychmiast ma mi przysłać pediatrę, albo dać mi zezwolenie na wizytę pediatry z zewnątrz, bo jak nie to sama bez ich zgody zrobię to. Wyszedł, a po chwili wchodzi inny lekarz, z uśmiechem na twarzy i kręcąc jak lassem słuchawkami pyta: "pani prosiła o pediatrę?" Ja na to że tak, ale on pediatrą nie jest i niech ze mnie nie żartuje i krzyczę tak, że mąż aż mnie powstrzymuje, bo mam ochotę chłopa pobić...... Wyzywam od morderców, że wiem co zrobili mojemu dziecku, że jest mi wszystko jedno co pomyślą o mnie i natychmiast żądam pediatry - lekarz wychodzi, idzie do dyżurki pielęgniarek, nie mija 10 minut wchodzi dwóch pediatrów z oddziału noworodków - okazuje się, że pani doktor jest znajoma, pamięta Agę i mnie, ja nie potrafię sobie przypomnieć, więc ona mówi: " to ja przyniosłam pani Agę wtedy w nocy na porodówce" - zajęli się Agą bardzo dobrze, zlecili szybciutko antybiotyk i pobrali wymaz z ucha (był już ropny wysięk) - okazało się, że w uchu był gronkowiec złocisty - skandal, na moją interwencję pani doktor zwana przez dzieci "szpatułką" idzie na przymusowy urlop. A po tym zdarzeniu mam przyjaciela w osobie pani doktor (znajomej z porodówki), która prosi, abym do niej zaglądała i informowała o stanie Agi lub gdy cokolwiek mnie zaniepokoi. Pani doktor zawsze umiała wejść na oddział, pytała lekarzy dyżurnych,
a oni koleżance po cichu zezwalali na wizytę u nas - zawdzięczam Jej dużo, pomogła mi nie raz w odpowiednim zdiagnozowaniu Agi....
Po dwudziestu dniach od ostatniej operacji, w sobotę, na dyżurze jest starzysta P. - wchodzi na salę, zamyka Agatce odpływ płynu mózgowo - rdzeniowego twierdząc, że robi to na polecenie ordynatora bo musi pobrać płyn do badania. Nigdy nie zamykano drenażu do pobrania płynu, więc niepokój mój i męża o zdrowie Agatki jest ogromny. Stężenie gronkowca też już było małe, więc bardziej liczyliśmy na końcówkę leczenia, niż na jakieś nowe komplikacje. Stażysta wychodząc powiedział że będzie za 15 minut - czekamy więc - mija 20, 30 minut, pędzę po niego, bo Aga zaczyna płakać - nie ma go nigdzie. Wracam na salę, a mąż już mierzy Agatce gorączkę i..... Aga zaczyna wymiotować, fontanny płynu!!!
Biegnę, walę w drzwi dyżurki lekarzy, biegnę nawet na izbę przyjęć - nie ma stażysty - nikt nie wie gdzie jest........ Znowu wracam do dyżurki lekarzy - jest - okazało się, ŻE ZASNĄŁ!!!!!!!!!!!!! Moje nerwy puściły, biegnę na noworodki, nie ma mojej znajomej lekarki, więc dopadam do automatu telefonicznego i dzwonię na informację prosząc o telefony do klinik neurochirurgicznych w Polsce. Wracam na salę do Agi sprawdzić co się dzieje - Aga w stanie złym, zjawia się jeszcze jakiś lekarz i twierdzi, że w takiej sytuacji ten stażysta (niecałe pół roku na neurochirurgii) będzie Agę operował!!!!!!!!!!!!! Nie wyrażam zgody i biegnę dzwonić i błagać o ratunek w innych klinikach - płacząc błagam o ratunek w Łodzi, Warszawie, nawet u lekarza dyżurnego kraju - odpowiedź - AGA NIE PRZEŻYJE W TYM STANIE ŻADNEGO TRANSPORTU!!!!! Ale lekarz dyżurny kraju radzi mi, abym natychmiast zgłosiła to zdarzenie u dyżurnego prokuratora, bo to próba zabójstwa!!!!!!!!!! Biegnę znowu na oddział, Aga ma płukany drenaż, mąż pilnuje aby już jej żadnej krzywdy nie zrobili. Informuję męża o tym co polecił zrobić mi lekarz dyżurny kraju - mąż płacze i błaga mnie abym tego nie robiła bo......... ONI NAM JĄ TUTAJ ZABIJĄ!!!!!!!!!!! Zrozpaczeni czekamy co dalej wymyśli oprawca stażysta, oznajmiamy, że na grzebanie w główce Agi byle komu nie zezwolimy....... Aga do poniedziałku czuła się względnie, ale ja zostałam poproszona do gabinetu ordynatora, a tam już siedział profesor i oznajmili mi, że Aga musi mieć kolejną operację, a jeśli nie wyrażę zgody - AGA UMRZE!!!!!!!!!!!!!!
Więc jedzie moje kochane dziecko na kolejną operację, już czwartą!
A to co się wydarzyło po powrocie z bloku, przeszło wszelkie zasady medycyny i lojalności ordynatora!!!!!!! AGA WRÓCIŁA NA SALĘ Z ODWROTNIE PODŁĄCZONYM DRENEM - KOLEJNA PRÓBA ZABÓJSTWA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Biegnę do siostry opatrunkowej, ona na ten widok staje jak wryta i wzywa ordynatora, on z wielkim krzykiem do mnie!!!!!! "CZEGO PANI SIĘ ZNOWU CZEPIA, ZAŁOŻYŁEM CÓRCE NAJNOWOCZEŚNIEJSZY DRENAŻ W EUROPIE!!!!!" I zaczął objaśniać zdziwionemu personelowi jak należy to "coś" obsługiwać - ja biegnę do ubikacji - bijąc pięściami w ścianę krzyczę i płaczę, biegnę do profesora, na korytarzu spotyka mnie lekarz (ten, którego ochrzaniłam wtedy w związku z chorym uchem) i mówi: "czemu matka ryczysz, przecież już po wszystkim, Aga jest na sali" - ja płacząc błagam go aby poszedł ze mną, bo on (ordynator) ją chce zabić! Idzie, ale z niedowierzaniem słucha moich opowieści, wchodzimy, odkrywa kołderkę i staje jak wryty ze słowami: "kur.. , jak żyję, to czegoś takiego jeszcze nie widziałem" i.... wychodzi. Ja błagam żeby został i ratował Agę, on na to, że musi powiadomić profesora, bo on jest z oddziału dorosłych a nie dzieci i nie może sam decydować. Zaraz jednak wraca i mówi: "mama, bierzemy się do roboty, profesor jest w szoku".
Wszystko idzie nam sprawnie, odczepiamy dren przy wyjściu z ciała Agi, zaczynamy wszystko na odwrót łączyć, w pewnej chwili ja do niego mówię: doktorze, może na zabiegówce to zrobimy, tu co prawda ja odkażałam salę jak Aga była na bloku, ale było tu już tyle personelu... Pędzimy z łóżeczkiem na zabiegówkę i działamy dalej, znowu przestawiamy, łączymy, całe szczęście, że Aga jeszcze śpi po narkozie i ........... jak pech, to pech...... zrywa nam się złączka drenowa - bardzo ważna, bez której nic nie zadziała!!!!!!!!!! Padają tylko przekleństwa, bo nie ma tych złączek na oddziale dzieci!!!!!! Ale lekarz każe mi regularnie upuszczać i zamykać odpływ płynu mózgowo - rdzeniowego i wybiega na poszukiwanie nieszczęsnej złączki. Trwa to wieczność, wszystkie modlitwy świata odmówiłam, ale upuszczam i zamykam, znów przekleństwa i modlitwy - czemu tak Bóg pozwoli na cierpienie Agi, dlaczego chce mi ją na siłę odebrać!!!!!!! Wraca lekarz - MA ZŁĄCZKĘ!!!!!!! Znowu łączymy, cieszymy się przy tym i klniemy - wreszcie koniec - udało się....... Spoceni cieszymy się jak dzieci, lekarz mówi: " mamuśka, poczytaj trochę teorii, zdawaj egzaminy, drenaż masz w jednym paluszku, będziemy razem zakładać drenaże". Na następny dzień klinika huczy - Karasińska wysłała ordynatora po 4 latach na przymusowy urlop!!!! Jestem szczęśliwa i zarazem pełna niepokoju, czy aby nie zakaził się płyn jakąś nową zarazą??? Wyniki z płynu pobranego podczas ostatniej operacji wskazują na bardzo duże stężenie gronkowca.... To tak, jakby Aga (już 4 raz z kolei) miała ropne zapalenie opon mózgowych - cytoza 1120/3 - okazuje się, że jest stan krytyczny, że Aga w każdej chwili może odejść......... Budzi się we mnie jeszcze większy wariat. Cały czas walczyłam z lekarzami o to, aby wchodząc na salę myli ręce, nie zawsze jednak to robili, aby najpierw przychodziła wizyta do Agi, a potem mogą sobie iść na ropę itd. Teraz staję się nie ugięta - nie wpuszczam na salę lekarza jeśli idzie z ropy, nie myje rąk, pielęgniarki już nie spuszczają Agatce płynu - robię to sama
i do kubeczka, który za każdym razem parzę dokładnie, salowa nie ma wstępu do nas na salę - sama sobie myję ściany, podłogę i okno - nie obchodzi mnie, że mają mnie za świra, jest mi wszystko jedno!
Na oddział w zastępstwo ordynatora przychodzi lekarz, ten który nas przyjmował i robił drugą operację - jestem zadowolona, mam jakieś, nie wiem czemu, zaufanie do tego człowieka - zmiana leków, pompa dyfuzyjna chodzi non stop, Aga bardzo źle wygląda i nikt nie wierzy, że przeżyje.... Wreszcie następuje dzień, kiedy to pan doktor wchodzi na salę i mówi: " proszę dzisiaj dać mężowi zabawki do domu, może pani zostawić dwie, trzy, ale takie które można zamoczyć w płynie odkażającym i ... jutro Aga na czczo - spróbujemy zamknąć, cytoza nie jest zerowa, ale podłączę asekuracyjnie bardzo silny antybiotyk i może nam się uda ją uratować....." Boże ratuj Agę - to słowa które cały czas krążyły po głowie, jak szalona odkażałam ściany, kilka zabawek - byłam szczęśliwa - musi się udać, musi!!!!!!!!! Z radością odwiozłam Agę na salę operacyjną słysząc wcześniej, jak doktor nakazał bardzo dokładną dezynfekcję "2", bo będzie robił dziecko - czekanie było wszystkim - strachem, radością, modlitwą, przekleństwem, wszystkim ....
Wreszcie jest Aga, biedna, blada, chudziutka - moja ukochana - czekamy z niecierpliwością na sali na lekarza. A pan doktor otworzył drzwi sali, stanął w nich i powiedział z uśmiechem: " nie musiałem otwierać główki w innym miejscu, dało się jeszcze tą bliznę wykorzystać, ale na brzuszku musiałem zrobić nowy otwór, bo w tamtym starym - niestety mieliśmy już martwicę, przepraszam, ale dobrym krawcem nie jestem i może być brzydka blizna. Mama ma teraz zadanie - pilnować dzień i noc, jeszcze bardziej jak do tej pory i nie chcę słyszeć, że nam się nie udało" - i wyszedł.... Na następny dzień rano, wizyta odbyła się w otwartych drzwiach - pan doktor stojąc na progu kazał mi zajrzeć pod opatrunek i zobaczyć czy nic nie wycieka - było sucho i znów pojawił się uśmiech na twarzy doktora P. W nocy słyszę jak pielęgniarka odbierając telefon odpowiada: tak doktorze, jest w porządku, ale dobrze, zaraz jeszcze sprawdzę skoro pan tak się niepokoi - stanęła w progu sali i zapytała jak Aga, czy jest gorączka i powtórzyła mi słowa doktora - " bo ja aż słyszę jak mi włosy siwieją....."
Bodajże za dwa dni na wizytę popołudniową przychodzi stażysta i chce wejść na salę, ja go wcześniej obserwowałam i wiedziałam, że był najpierw na ropnym odcinku - nie wpuściłam go na salę - nie podobało mu się to bardzo i obiecał że będzie z tego szum. Ranna wizyta z doktorem P. jak zwykle była w progu i jak zwykle doktor kazał zajrzeć mi pod opatrunek, na koniec powiedział: " doszły mnie słuchy, że nie wpuściła pani lekarza na wizytę wczoraj" ja potwierdziłam a doktor z uśmiechem zamknął drzwi....
Aga dochodziła do sił, była weselsza, radość była niesamowita, wiedziałam już że będzie dobrze, wiedziałam też, że nie trzyma już główki i nie potrafi siedzieć tak jak przed operacją, ale była, była w moich objęciach taka śliczna, moja ukochana i bardzo dzielna.....
Wreszcie przyszedł dzień, w którym pan doktor stojąc w progu powiedział: " nie ma prawa już nic się stać - pojutrze do domu idziecie" - czekałam na takie słowa trzy miesiące, miesiące bezradności, żalu, cierpienia, modlitw, strachu i przekleństw - dziękuję Ci doktorze P. za uratowanie Agatki, za to, że jest ze mną........ A Tobie Agatko dziękuję że byłaś taka dzielna, że wytrwałaś to wszystko i kochana córuniu przepraszam za to, że nie potrafiłam Ci zaoszczędzić tych wszystkich cierpień, że dopuściłam do tego, aby Cię tak bardzo skrzywdzono...........


Nie jest tu opisane wszystko z detalami, bo zajęło by mi więcej czasu, ale jest to szczera prawda, prawda, którą bardzo chciałam opisać w książce, a dochód z niej przeznaczyć na rehabilitację Agatki.....
Postanowiłam to wyrzucić z siebie, myślę, że będzie mi lżej na sercu, bo życie z ciężarem takich wspomnień jest nie do zniesienia....
Acha, muszę jeszcze dopisać - ten oddział neurochirurgii dziecięcej już nie istnieje.
Mama Agatki